Pokazywanie postów oznaczonych etykietą komunikacja z pacjentem. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą komunikacja z pacjentem. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 6 czerwca 2013

Truskawki z zabaglione

W pięknych okolicznościach przyrody (bella Italia!), niewiele za to chwilowo  mając czasu na twórczość, popisowo idę dzisiaj na łatwiznę i umieszczam swój artykuł, który ukazał się drukiem w majowym Magazynie Stomatologicznym. Dla czytelników bloga, to takie małe podsumowanie kliku wcześniejszych postów.
Tymczasem w czerwcowym, już zapewne dostępnym w sprzedaży i prenumeracie numerze MS": "takie kwiatki w poczekalni", czyli co się dzieje, kiedy pomimo lektury ostatniego postu- nie uda Ci się zatrudnić dobrej asystentki ;-)
Zapraszam!


Truskawki w zabaglione,
Magazyn Stomatologiczny 5/2013

Uwielbiam słodycze. Obiad czy kolacja, nawet najsmaczniejsze i najbardziej syte, są jakby niepełne, kiedy brakuje im zwieńczenia w postaci deseru. Niestety…
Pasjami wynajduję więc nowe miejsca i smaki, aby znakomitą większość porzucić niebawem dla nowych doznań. Są też oczywiście klasyki- słodkości, do których raz odkrytych- powracam jak bumerang z mniejszą lub większą częstotliwością. Czasem moje „wielkie powroty” dyktowane są rytmem pór roku. Tak jest z truskawkami w zabaglione właśnie. Nawet , jeśli w rzeczywistości serwowane są przez wszystkie miesiące roku, to tylko te sezonowe, słodkie i aromatyczne polskie truskawki zanurzone w ciepłej, złocistej pierzynce godne są prawdziwej uwagi. Przyszły mi na myśl, bo zbliża się ich sezon. Nareszcie! Mam swoje ulubione miejsce na ten właśnie deser. Rozpływam się nad delikatnością smaku, który nieodparcie wprawia mnie w dobry nastrój, a powtarzalność receptury mówi mi o profesjonalizmie zmieniającej się przecież zapewne na przestrzeni lat ekipy. Odpowiada mi niecodzienny, bardzo tematyczny wystrój wnętrza i miła obsługa. Słowem jest to „moje truskawkowe miejsce”.

Co truskawki i kunszt ich podania mają wspólnego ze stomatologią i marketingiem? Pozornie nic, a jednak…


Spotkałam ostatnio znajomą, która po lekturze napisanego przeze mnie ostatnio artykułu oświadczyła stanowczo, iż musi niestety zadać kłam moim wywodom na temat zasadności działań marketingowych online.  Na przygotowanie własnego serwisu oraz jego odpowiednie pozycjonowanie wydała dotąd krocie, a oczekiwanej lawiny pacjentów jak nie było, tak nie ma.
Oho, pomyślałam. Gdyby to było takie proste- utworzyć stronę, odpowiednio ją pozycjonować i gotowe- pacjenci walą drzwiami i oknami… Hmm czy kiedykolwiek powiedziałam, lub co gorsza- obiecałam coś podobnego? Strona, jej pozycjonowanie, media społecznościowe, czy blogi- to, choć jak będę się upierać- niezbędna już dzisiaj- jednak tylko SKŁADOWA działań marketingowych.
To tak, jak z moimi truskawkami: nabrałam kiedyś ochoty na ich wypróbowanie po przeczytaniu bardzo przychylnej recenzji, która wychwalała pod niebiosa nie tylko rzeczony przysmak, ale też miejsce, w którym je podawano.
Zachęcona zajrzałam szybciutko na stronę restauracji. Zapowiadało się intrygująco! Pozostało mi zatem, czekać już tylko pierwszej nadarzającej się okazji (lub jak kto woli- pierwszej potrzeby zjedzenia jakiegoś smakołyku), by osobiście przekonać się, ile warte były pozytywne rekomendacje innych smakoszy. Same jednak recenzja, ani tym bardziej najpiękniejsza nawet strona internetowa nie przekonałyby mnie, że do tego miejsca warto POWRÓCIĆ. Ważny był przecież klimat, poziom obsługi, no i oczywiście smak! O tych jednak nie dane byłoby mi się przekonać,  gdyby nie internet- bez niego po prostu nigdy prawdopodobnie nie trafiłabym do swojej restauracji. Idąc dalej, w internecie mogę teraz zostawić również swoją opinię i ten sposób zachęcić inne łasuchy do wypróbowania „moich truskawek”. Krótko mówiąc są to naczynia połączone i tylko kiedy poszczególne elementy odpowiednio ze sobą współgrają, można spodziewać się założonego sukcesu. 


Myśląc o strategii marketingowej gabinetu, powinieneś zatem założyć przede wszystkim kompletność swoich działań
Warto pamiętać, że do odwiedzenia najpiękniejszej i najbardziej nawet funkcjonalnej strony, musimy zostać w jakiś sposób zachęceni.  Warto mieć świadomość, iż kolejność linków wyświetlających się po wpisaniu w przeglądarkę google Twojego nazwiska NIE jest przypadkowa. Przyda się też wiedzieć, iż niezwykle dużą moc w tym kontekście mają portale takie jak facebook, youtube, linkedin i blogspot. Zankomita wiadomość- wszystkie z nich są bezpłatne i świadomie wykorzystywane mają naprawdę wielką moc! Dodatkowo: im więcej aktywnie zmieniających się informacji na Twojej stronie www, tym wyszukiwarki automatycznie wyżej ją pozycjonują. 
Jakie to ma znaczenie? Wyobraźmy sobie, że Jesteś posiadaczem lub posiadaczką imienia i nazwiska, które nawet, jeśli nie szczególnie popularne, to jednak poza Tobą dumnie nosi je w naszym kraju jeszcze kilka innych osób. Ja, podpytując znajomych o dobrego stomatologa usłyszałam i skrzętnie zapisałam Twoje dane, aby potem wpisać je w wyszukiwarce. Chcę dowiedzieć się, gdzie konkretnie znajduje się Twoja praktyka, oraz co mają na Twój temat do powiedzenia inni pacjenci. A tu taka niespodzianka! Widzę, że o takim imieniu i nazwisku jest  artysta malarz na śląsku, znakomity elektryk w poznaniu i szalenie aktywny w cyberprzestrzeni student polonistyki  z Krakowa. Po dentyście w Warszawie, ani widu ani słychu. Hmmm dziwne myślę… taki fachowiec i nic? W końcu na drugiej stronie pełnej linków bingo, mam! Chyba jednak nie tego szukałam- stwierdzam zniechęcona przeczytawszy jedną jedyną, a  w dodatku beznamiętną opinię na portalu znany lekarz. 


Nawet jeśli na tym samym portalu nadal tkwiłaby tylko jedna opinia na Twój temat, ale po wpisaniu w wyszukiwarce Twoich danych zobaczyłabym zamiast przeglądu osiągnięć i życiorysów elektryka, hydraulika, studenta czy grafika na początku listy, linki odsyłające do profesjonalnie przygotowanej strony Twojego gabinetu, znalazła Twój blog, na którym doradzasz pacjentom (lub nawet innym profesjonalistom!) czy Twój FanPage, gdzie zobaczyłabym piękne przypadki kliniczne i –eh, marzenie- rekomendacje zadowolonych pacjentów… tak, ta historia miałaby zdecydowanie inny finał…

Wszystko jednak na nic, jeśli pięknie podane informacje  nie znajdują odzwierciedlenia w rzeczywistości. Tutaj siła internetu zadziała z podwójną mocą, tyle że niestety w odwrotnym od oczekiwanego kierunku. Pacjentom dobrze znane są wspomniane już portale takie jak: „znany lekarz”, czy „ranking lekarzy” i chętnie dzielą się na nich zarówno pozytywnymi, jak i zdecydowanie negatywnymi opiniami. Co ważne- oceniany jest nie tylko Twój profesjonalizm, ale też kultura osobista personelu, jakość obsługi czy zdolności interpersonalne, które składają się na jeden obraz: opinię o Twojej klinice. Osobiście mocno wierzę, że firma jest tak dobra, jak jej najsłabsze ogniwo. Fakt, że mistrzowsko przeprowadziłeś leczenie kanałowe może łatwo zostać przesłonięty przez opryskliwość recepcjonistki czy konieczność spędzenia w poczekalni 1,5 godziny… Kolejnym niezwykle istotnym elementem skutecznej strategii marketingowej  jest oryginalność. Nie chodzi przecież o to, aby powielać schematy. Im więcej wyjątkowych cech wyróżniających Twój gabinet na tle innych, podobnych mu placówek, tym większa szansa, że pacjenci będą mu wierni i to on właśnie zostanie polecony znajomym czy rodzinie a także –co ma największą chyba moc -internautom. 
Jak stać się innym? Cóż, granicą dla pomysłów jest Twoja własna wyobraźnia. 


W moim osobistym odczuciu kluczem jest niewątpliwie szeroko rozumiany poziom obsługi. Pozytywnym wyróżnikiem może być, tak często niedoceniana komunikacja z pacjentem. Ta inwestycja nic nie kosztuje. Byłbyś jednak zaskoczony, jak duże ma znaczenie. Kila dodatkowych minut poświęconych na dokładne, ale też życzliwe wyjaśnienie przeprowadzanych etapów leczenia, czy instruktaż higieny zaprocentuje bez wątpienia lepiej niż niejedna ulotka. Poza tym jest wiele metod reklamy czy sposobów komunikacji z pacjentem. Dowiesz się o nich w czasie wykładów, z fachowej literatury, blogów, czy z takich jak ta kolumn tematycznych. Sama planuję wspominać o nich na łamach tego zacnego magazynu. Rzecz w tym, abyś na bazie gotowych pomysłów i własnej inwencji stworzył wyjątkową kompilację, która tak jak mój ulubiony deser- będzie jedyna w swoim rodzaju.
Istnieje mnóstwo  gabinetów stomatologicznych. Podobnie jak miejsc w Warszawie,  które podają w sezonie truskawki. Część z nich także te w zabaglione. Tylko jedno, do którego z rozmysłem po nie wrócę. Dla niepowtarzalnego smaku, atmosfery i poziomu obsługi. Czy mój deser byłby tak samo smaczny i pięknie podany bez strony www czy pozytywnych recenzji  i poleceń w mediach społecznościowych? Oczywiście, że tak. Istnieje jednak ogromne prawdopodobieństwo, że ja (podobnie jak wielu innych klientów) nigdy bym się o nim nie dowiedziała, a Ty nie czytałbyś dzisiaj tego artykułu nabierając coraz większej ochoty na smaki lata i- mam nadzieję- pozytywne zmiany.

czwartek, 14 lutego 2013

O malowaniu światłem słów kilka… i tym, co ma to wspólnego z Twoją praktyką?

Jak dziś pamiętam, pewien dzień kilkanaście lat temu, kiedy z moją przyjaciółką Izą Urbaniak robiłyśmy sobie nawzajem zdjęcia w pokoju hotelu Ibis. W użyciu był mój stary, analogowy Olympus, używany wcześniej wyłącznie do zdjęć z wakacji z cyklu „tu jestem na plaży, a tu pod wieżą Eiffla”.
TYM RAZEM po raz pierwszy jednak urządziłyśmy „prawdziwą sesję”! ;)  
Nie muszę dodawać, że skoro aparat analogowy (tak, tak- ten na film), to na rezultaty trzeba było chwilę zaczekać. Tym większa była nasza ich ciekawość i boleśniejsze rozczarowanie, kiedy gotowe odbitki trafiły już w nasze ręce… 
Szkoda, że nie zachowały się efekty, choć zapewne powinnam być za to wdzięczna. Skoro wówczas patrzyłyśmy na nie z dużym zażenowaniem- pewnie nie było zbyt dobrze ;)


Nie oznacza to wcale, że zaniechałyśmy dalszych prób! Każda z nas w kolejnych latach zbliżała się do fotografii, pozwalając jej zająć w swoim sercu stałe i niezwykle ważne miejsce. Każda, rzecz jasna na swój własny sposób. 

Iza oddała się tej pasji całkowicie czyniąc ją swoim zawodem. Dzięki ogromnemu zaangażowaniu, oraz niezwykłej wrażliwości w patrzeniu na świat, powstają prace, które podbijają serca miłośników fotografii oraz jury wielu, w tym także międzynarodowych konkursów. Jej urzekające zdjęcia możesz obejrzeć na blogu, stronie internetowej http://izabelaurbaniak.pl/ lub Fan Page na Fecebook’u .

Ja, z wiecznego braku czasu dzielonego pomiędzy rodzinę, pracę zawodową i masę nowych pomysłów do zrealizowania, a często też nazywając rzecz po imieniu- lenistwa, po aparat sięgam tylko od czasu do czasu. Za mało, tym niemniej zawsze z radością. Moje zdjęcia ubarwiają (taką przynajmniej mam nadzieję!) posty na tym blogu- również dzisiejszy rzecz jasna.


Dlaczego piszę o tym wszystkim? Oczywiście! Będę lobbować za Twoją aktywnością w tej materii, a konkretnie- za fotografowaniem przez Ciebie przypadków klinicznych. Nie jesteś w tym dobry? Przeczytaj wstęp raz jeszcze! Zawsze są jakieś początki. Kiedyś musi być ten pierwszy raz i w dodatku nie zawsze uwieńczony sukcesem. O technice napiszę może kiedyś, jeśli tylko dasz mi znać, że chciałbyś wiedzieć. Tymczasem chwila o tym, dlaczego warto:

1.   Po pierwsze dla siebie. Zdjęcia kliniczne robione na przestrzeni lat pozwolą zaobserwować Ci własny rozwój zarówno w samej technice fotografii, jak również, w jakości osiąganych efektów klinicznych.
2.   Po drugie- dla pacjenta.  Zadziwiające, jak szybko widząc w lustrze nowy, piękny uśmiech zapomina się jego wcześniejszą wersję sprzed „tuningu”. Do czasu obejrzenia zdjęć „przed i po”, pacjent nie jest w stanie docenić jak duża faktycznie zaszła zmiana. 
    Nie ma lepszej reklamy niż szczęśliwy z Twoich usług pacjent, będący pod wrażeniem własnej- jakże widocznej dzięki fotografiom- metamorfozy!


3.   Po trzecie: to znakomite narzędzie komunikacji z potencjalnymi pacjentami. Na bazie dotychczasowych przypadków „przed i po” możesz pokazać- np. na swoim Fan Page na Facebook’u (tu odsyłam do lektury ostatniego postu!), jakie efekty jesteś w stanie uzyskać. „Wow, nie wiedziałem, że takie małe licówki naprawdę potrafią zdziałać cuda!”. „Hmm taka mała korekta, a uśmiech zmienił się diametralnie”. Po takich przemyśleniach już krótka droga do „hmm a może też powinienem spróbować?”
4.   Po czwarte: dokumentacja- sprawa zdawałoby się oczywista, choć patrząc na faktycznie małą liczbę lekarzy korzystających z aparatu w gabinecie na co dzień- wciąż niedoceniana. W razie sporów (także prawnych), wątpliwości, dla własnych obserwacji. Fotografii nie zastąpi naprawdę żaden opis w karcie...


5.   Po piąte: to jedyna droga jeśli masz ambicje, aby publikować swoje prace, czy dzielić się własnymi doświadczeniami prowadząc szkolenia i wykłady. Nawet jeśli nie myślisz o tym dzisiaj, pamiętaj- dobrze mieć udokumentowane przykłady obserwacji przypadku na przestrzeni kilku lat…
6.   Po szóste wreszcie, choć nie ostatnie zapewne- aby opanować technikę, lub po prostu pokochać fotografię tak jak ja musisz kiedyś zacząć! Dlaczego więc nie od razu? Nawet jeśli na początku efekt daleki jest od Twoich oczekiwań. Najskuteczniejszy sposób nauki to praktyka!:)


A Ty? Na jakim etapie przygody z fotografią Jesteś? Nie otwartej jeszcze księgi, czy wręcz przeciwnie? Ponieważ to temat szczególnie bliski mojemu sercu będę wdzięczna, jeśli podzielisz się swoimi doświadczeniami i przemyśleniami w tej kwestii. 
Może dopiszesz kolejne punkty do mojej listy?