Pokazywanie postów oznaczonych etykietą strategia marketingowa. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą strategia marketingowa. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 6 czerwca 2013

Truskawki z zabaglione

W pięknych okolicznościach przyrody (bella Italia!), niewiele za to chwilowo  mając czasu na twórczość, popisowo idę dzisiaj na łatwiznę i umieszczam swój artykuł, który ukazał się drukiem w majowym Magazynie Stomatologicznym. Dla czytelników bloga, to takie małe podsumowanie kliku wcześniejszych postów.
Tymczasem w czerwcowym, już zapewne dostępnym w sprzedaży i prenumeracie numerze MS": "takie kwiatki w poczekalni", czyli co się dzieje, kiedy pomimo lektury ostatniego postu- nie uda Ci się zatrudnić dobrej asystentki ;-)
Zapraszam!


Truskawki w zabaglione,
Magazyn Stomatologiczny 5/2013

Uwielbiam słodycze. Obiad czy kolacja, nawet najsmaczniejsze i najbardziej syte, są jakby niepełne, kiedy brakuje im zwieńczenia w postaci deseru. Niestety…
Pasjami wynajduję więc nowe miejsca i smaki, aby znakomitą większość porzucić niebawem dla nowych doznań. Są też oczywiście klasyki- słodkości, do których raz odkrytych- powracam jak bumerang z mniejszą lub większą częstotliwością. Czasem moje „wielkie powroty” dyktowane są rytmem pór roku. Tak jest z truskawkami w zabaglione właśnie. Nawet , jeśli w rzeczywistości serwowane są przez wszystkie miesiące roku, to tylko te sezonowe, słodkie i aromatyczne polskie truskawki zanurzone w ciepłej, złocistej pierzynce godne są prawdziwej uwagi. Przyszły mi na myśl, bo zbliża się ich sezon. Nareszcie! Mam swoje ulubione miejsce na ten właśnie deser. Rozpływam się nad delikatnością smaku, który nieodparcie wprawia mnie w dobry nastrój, a powtarzalność receptury mówi mi o profesjonalizmie zmieniającej się przecież zapewne na przestrzeni lat ekipy. Odpowiada mi niecodzienny, bardzo tematyczny wystrój wnętrza i miła obsługa. Słowem jest to „moje truskawkowe miejsce”.

Co truskawki i kunszt ich podania mają wspólnego ze stomatologią i marketingiem? Pozornie nic, a jednak…


Spotkałam ostatnio znajomą, która po lekturze napisanego przeze mnie ostatnio artykułu oświadczyła stanowczo, iż musi niestety zadać kłam moim wywodom na temat zasadności działań marketingowych online.  Na przygotowanie własnego serwisu oraz jego odpowiednie pozycjonowanie wydała dotąd krocie, a oczekiwanej lawiny pacjentów jak nie było, tak nie ma.
Oho, pomyślałam. Gdyby to było takie proste- utworzyć stronę, odpowiednio ją pozycjonować i gotowe- pacjenci walą drzwiami i oknami… Hmm czy kiedykolwiek powiedziałam, lub co gorsza- obiecałam coś podobnego? Strona, jej pozycjonowanie, media społecznościowe, czy blogi- to, choć jak będę się upierać- niezbędna już dzisiaj- jednak tylko SKŁADOWA działań marketingowych.
To tak, jak z moimi truskawkami: nabrałam kiedyś ochoty na ich wypróbowanie po przeczytaniu bardzo przychylnej recenzji, która wychwalała pod niebiosa nie tylko rzeczony przysmak, ale też miejsce, w którym je podawano.
Zachęcona zajrzałam szybciutko na stronę restauracji. Zapowiadało się intrygująco! Pozostało mi zatem, czekać już tylko pierwszej nadarzającej się okazji (lub jak kto woli- pierwszej potrzeby zjedzenia jakiegoś smakołyku), by osobiście przekonać się, ile warte były pozytywne rekomendacje innych smakoszy. Same jednak recenzja, ani tym bardziej najpiękniejsza nawet strona internetowa nie przekonałyby mnie, że do tego miejsca warto POWRÓCIĆ. Ważny był przecież klimat, poziom obsługi, no i oczywiście smak! O tych jednak nie dane byłoby mi się przekonać,  gdyby nie internet- bez niego po prostu nigdy prawdopodobnie nie trafiłabym do swojej restauracji. Idąc dalej, w internecie mogę teraz zostawić również swoją opinię i ten sposób zachęcić inne łasuchy do wypróbowania „moich truskawek”. Krótko mówiąc są to naczynia połączone i tylko kiedy poszczególne elementy odpowiednio ze sobą współgrają, można spodziewać się założonego sukcesu. 


Myśląc o strategii marketingowej gabinetu, powinieneś zatem założyć przede wszystkim kompletność swoich działań
Warto pamiętać, że do odwiedzenia najpiękniejszej i najbardziej nawet funkcjonalnej strony, musimy zostać w jakiś sposób zachęceni.  Warto mieć świadomość, iż kolejność linków wyświetlających się po wpisaniu w przeglądarkę google Twojego nazwiska NIE jest przypadkowa. Przyda się też wiedzieć, iż niezwykle dużą moc w tym kontekście mają portale takie jak facebook, youtube, linkedin i blogspot. Zankomita wiadomość- wszystkie z nich są bezpłatne i świadomie wykorzystywane mają naprawdę wielką moc! Dodatkowo: im więcej aktywnie zmieniających się informacji na Twojej stronie www, tym wyszukiwarki automatycznie wyżej ją pozycjonują. 
Jakie to ma znaczenie? Wyobraźmy sobie, że Jesteś posiadaczem lub posiadaczką imienia i nazwiska, które nawet, jeśli nie szczególnie popularne, to jednak poza Tobą dumnie nosi je w naszym kraju jeszcze kilka innych osób. Ja, podpytując znajomych o dobrego stomatologa usłyszałam i skrzętnie zapisałam Twoje dane, aby potem wpisać je w wyszukiwarce. Chcę dowiedzieć się, gdzie konkretnie znajduje się Twoja praktyka, oraz co mają na Twój temat do powiedzenia inni pacjenci. A tu taka niespodzianka! Widzę, że o takim imieniu i nazwisku jest  artysta malarz na śląsku, znakomity elektryk w poznaniu i szalenie aktywny w cyberprzestrzeni student polonistyki  z Krakowa. Po dentyście w Warszawie, ani widu ani słychu. Hmmm dziwne myślę… taki fachowiec i nic? W końcu na drugiej stronie pełnej linków bingo, mam! Chyba jednak nie tego szukałam- stwierdzam zniechęcona przeczytawszy jedną jedyną, a  w dodatku beznamiętną opinię na portalu znany lekarz. 


Nawet jeśli na tym samym portalu nadal tkwiłaby tylko jedna opinia na Twój temat, ale po wpisaniu w wyszukiwarce Twoich danych zobaczyłabym zamiast przeglądu osiągnięć i życiorysów elektryka, hydraulika, studenta czy grafika na początku listy, linki odsyłające do profesjonalnie przygotowanej strony Twojego gabinetu, znalazła Twój blog, na którym doradzasz pacjentom (lub nawet innym profesjonalistom!) czy Twój FanPage, gdzie zobaczyłabym piękne przypadki kliniczne i –eh, marzenie- rekomendacje zadowolonych pacjentów… tak, ta historia miałaby zdecydowanie inny finał…

Wszystko jednak na nic, jeśli pięknie podane informacje  nie znajdują odzwierciedlenia w rzeczywistości. Tutaj siła internetu zadziała z podwójną mocą, tyle że niestety w odwrotnym od oczekiwanego kierunku. Pacjentom dobrze znane są wspomniane już portale takie jak: „znany lekarz”, czy „ranking lekarzy” i chętnie dzielą się na nich zarówno pozytywnymi, jak i zdecydowanie negatywnymi opiniami. Co ważne- oceniany jest nie tylko Twój profesjonalizm, ale też kultura osobista personelu, jakość obsługi czy zdolności interpersonalne, które składają się na jeden obraz: opinię o Twojej klinice. Osobiście mocno wierzę, że firma jest tak dobra, jak jej najsłabsze ogniwo. Fakt, że mistrzowsko przeprowadziłeś leczenie kanałowe może łatwo zostać przesłonięty przez opryskliwość recepcjonistki czy konieczność spędzenia w poczekalni 1,5 godziny… Kolejnym niezwykle istotnym elementem skutecznej strategii marketingowej  jest oryginalność. Nie chodzi przecież o to, aby powielać schematy. Im więcej wyjątkowych cech wyróżniających Twój gabinet na tle innych, podobnych mu placówek, tym większa szansa, że pacjenci będą mu wierni i to on właśnie zostanie polecony znajomym czy rodzinie a także –co ma największą chyba moc -internautom. 
Jak stać się innym? Cóż, granicą dla pomysłów jest Twoja własna wyobraźnia. 


W moim osobistym odczuciu kluczem jest niewątpliwie szeroko rozumiany poziom obsługi. Pozytywnym wyróżnikiem może być, tak często niedoceniana komunikacja z pacjentem. Ta inwestycja nic nie kosztuje. Byłbyś jednak zaskoczony, jak duże ma znaczenie. Kila dodatkowych minut poświęconych na dokładne, ale też życzliwe wyjaśnienie przeprowadzanych etapów leczenia, czy instruktaż higieny zaprocentuje bez wątpienia lepiej niż niejedna ulotka. Poza tym jest wiele metod reklamy czy sposobów komunikacji z pacjentem. Dowiesz się o nich w czasie wykładów, z fachowej literatury, blogów, czy z takich jak ta kolumn tematycznych. Sama planuję wspominać o nich na łamach tego zacnego magazynu. Rzecz w tym, abyś na bazie gotowych pomysłów i własnej inwencji stworzył wyjątkową kompilację, która tak jak mój ulubiony deser- będzie jedyna w swoim rodzaju.
Istnieje mnóstwo  gabinetów stomatologicznych. Podobnie jak miejsc w Warszawie,  które podają w sezonie truskawki. Część z nich także te w zabaglione. Tylko jedno, do którego z rozmysłem po nie wrócę. Dla niepowtarzalnego smaku, atmosfery i poziomu obsługi. Czy mój deser byłby tak samo smaczny i pięknie podany bez strony www czy pozytywnych recenzji  i poleceń w mediach społecznościowych? Oczywiście, że tak. Istnieje jednak ogromne prawdopodobieństwo, że ja (podobnie jak wielu innych klientów) nigdy bym się o nim nie dowiedziała, a Ty nie czytałbyś dzisiaj tego artykułu nabierając coraz większej ochoty na smaki lata i- mam nadzieję- pozytywne zmiany.

czwartek, 10 stycznia 2013

Kot z Cheshire na Twojej drodze... czyli kamień milowy w planowaniu strategii marketingowej, CZĘŚĆ DRUGA


Ten post oderwany będzie- przynajmniej częściowo - od ziemi. W dosłownym tego słowa znaczeniu. Nie mam pojęcia dlaczego, ale w samolocie myśli mi się naprawdę znakomicie.  Przyda się, bo zadanie mam trudne jak diabli. Nie wiem jak wygląda Twoja obecna praktyka, nie wiem jakie możesz mieć wątpliwości. Nie siedzimy sobie przy kawie abym mogła zadać Ci kilka pytań (bo wiadomo już przecież gdzie jestem... ;)), ale spróbujmy:
Całkiem prawdopodobne, że status w jakim Jesteś obecnie, całkowicie spełnia Twoje oczekiwania i potrzeba Ci ewentualnie niewielkiego marketingowego wsparcia. Zanim jednak rozpoczniesz tego rodzaju aktywności warto upewnić się, że masz pełną świadomość tego, jaki efekt finalny chcesz osiągnąć.
O tym właśnie mówiłam tydzień temu w pierwszej części postu zachęcając Cię do zgłębienia tematu. Dzisiaj chciałam zaproponować kilka ćwiczeń, które mogą okazać się w tym pomocne. Konkretnie pięć:


1. WIZUALIZACJA- mój ulubiony sposób myślenia kiedy planuję lub zastanawiam się nad efektem jaki chcę osiągnąć.  Co to znaczy? Obmyślam szczegóły, "jestem" w miejscu, które mam w tym czy innym znaczeniu stworzyć. Dajmy na to klinika: Siedzę w poczekalni jako pacjent, wchodzę na zaplecze jako pracownik, jako szef widzę swój zespół. Myślę, do jakiej wizji chce go przekonać, aby realizował ją ze mną wkładając w to pasję, a nie tylko z obowiązku. Czym chcę się wyróżnić? Jaki wizerunek tego miejsca wykreować w świadomości innych?
Tu ważna uwaga: nie każdy oczywiście musi dojść do wniosku, iż jedyną z możliwych dróg jest otwarcie własnej klinki. Daleka jestem od namawiania Cię do tego! Przy wizualizacji tejże bowiem, musisz przeanalizować dokładnie i "ciemną stronę mocy"- całkowitą  odpowiedzialność za CAŁOŚĆ projektu, sprawy pracownicze, prawne, urzędowe ufff. Tego też miej świadomość!Tam tez "zapuść się" w swoich wizualizacyjnych podróżach.  Przyjrzyj się "całości obrazka" i najlepiej dopasuj go do własnych potrzeb, możliwości i ambicji.
2. OKREŚL SWOJE CELE. Nie tylko tych na jutro. Nie ważne czy na tę chwilę jesteś jeszcze na studiach czy  pracujesz w NZOZ w przysłowiowej Koziej Wólce. Wyznacz sobie cele, jakie chcesz osiągnąć i nie bój się wcale ze są zbyt ambitne...
3. WYPISZ (najlepiej na kartce, a przynajmniej mocno w swojej głowie) CO BĘDZIE CI POTRZEBNE DO ICH REALIZACJI. Tu moja rada: jeśli jesteś młodym adeptem tego zawodu a mierzysz wysoko nie tylko jeśli chodzi o posiadanie pięknej kliniki, ale też swój profesjonalizm i edukację, nawet przy założeniu ze Jesteś synem czy córką szejka, który nie czeka na nic innego niż sygnał do sypnięcia mega gotówką- odłóż myśl o otwarciu własnej praktyki na co najmniej kilka lat. Ucz się od najlepszych- tam szukaj pracy i zdobywaj swoje szlify. Nie ma lepszej drogi niż codzienna praktyka pod okiem swojego mentora. Znajdź Go zatem i zrób wszystko aby tam właśnie stawiać swoje pierwsze kroki.
Teraz, kiedy masz już cele i wiesz co potrzebne będzie do ich realizacji, po prostu...

4. UBIERZ JE W KONKRETNE RAMY CZASOWE. Im bardziej ambitny plan, tym więcej etapów załóż- nie od razu przecież Rzym zbudowano...
Uwaga, teraz będzie najtrudniejsze: 



5. NIE MYŚL O ZARABIANIU PIENIĘDZY. Haha, dobre sobie. Po co zatem to wszystko? Bez obaw. Nie mam zamiaru przekonywać Cię, że pieniądze stanowią wszelkie zło tego świata. Sama bardzo lubię je mieć.  Są narzędziem do realizacji moich celów i przyjemności,  ALE uwierz mi-  źle się dzieje jeśli swoje aktywności planować będziesz przez ich pryzmat.
Zaplanuj szczegółowo działania,  w które wierzysz, przystąp do ich realizacji z pasją, a pieniądze podążą za tym jako naturalna kolej rzeczy. Nie odwracaj tej kolejności…

Wróćmy teraz do punktu pierwszego- wizualizacji. 
Aby udowodnić Ci, że warto zacząć od tego właśnie etapu i jak zaskakujące mogą być efekty takiego "rozkminiania" rzeczywistości posłużę się konkretnym przykładem:

Doradzałam (choć czas przeszły w tym wypadku nie jest odpowiedni- jesteśmy bądź co bądź dopiero na początku drogi :) ostatnio w tej kwestii przyjaciółce: błyskotliwa perfekcjonistka z ogromnym zapałem do swojej pracy jako dentysta oraz rozkosznym obrzydzeniem do zarządzania, sprzedawania, promowania i całej tej biznesowej otoczki ;) „Czas zająć się marketingiem” tak w uproszczeniu wyglądała rzucona mi przez Nią rękawica.

…zresztą przeczytaj sam (poprosiłam Ją w międzyczasie, aby napisała na ten temat to i owo i mam od kilku dni na swojej skrzynce! )


Monika Dzieciątkowska:

"Nie jest dobrze" - pomyślałam zaglądając do gabinetowego kalendarza. Kurcząca się co miesiąc kolejka pacjentów nie napawała optymizmem. "Kryzys" dodałam w myślach. "Wszyscy tak mają."  Uspokojona tą konkluzją wróciłam do codziennych zajęć.
Ale nie da się wizji pustej poczekalni gabinetowej odsunąć na zbyt długo. Wraca. Wraca z każdą fakturą do zapłacenia. Z każdym wyciągiem bankowym. Każdego dnia.

Szkolenie z marketingu! - myśl tyle ożywcza co całkiem dla mnie nowa. Na liście setek szkoleń, jakie w życiu odbyłam, tego akurat nigdy nie było. Wystarczy, że je odbędę - pomyślałam - szybko wdrożę w życie i sytuacja po prostu się zmieni!
....Szkolenie było długie...mądre...zakończyłam je z przeświadczeniem, że sama nie dźwignę tego tematu.
Ale od czego ma się przyjaciółkę, jak nie od tego, by się wyżalić i poprosić o pomoc? Zwłaszcza, jeśli przyjaciółka zajmuje się marketingiem od rana do nocy  w dodatku robi to świetnie!
Moje zdziwienie nie miało granic gdy okazało się, że marketing to nie jest jedna akcja reklamowa (a ja byłam przekonana, że musimy tylko zastanowić się, jak rozdystrybuować ulotki i w jakiej ilości....). Marketing to złożone, długofalowe i uzupełniające się działania. Które muszą mieć wspólny cel. Na przeszkodzie stoi jednak...obecny status mojej firmy…a konkretniej- status tenże utrudnia zrealizowanie celu, którego w dodatku początkowo zupełnie nie miałam świadomości... ale pogmatwane!

No tego mój stomatologiczny mózg nie rozumiał zupełnie! Nie dość, że muszę przełknąć gorzką pigułkę (założę się o najdroższy implant, że i dla Ciebie jest ona gorzka!), jaką jest fakt, że nie wystarczy być bardzo dobrym, żeby mieć pacjentów. Że jestem nie tylko lekarzem, ale i sprzedawcą (o matko!!), bo posiadanie gabinetu związane jest - czy tego chcę czy nie (o rany, jak ja tego nie chciałam!!) ze sprzedażą usług. To jeszcze okazuje się, że forma, w jakiej obecnie funkcjonuje moja firma jest tym, co mnie ogranicza!

Chcesz pewnie wiedzieć, na czym polega ów tajemniczy jak dotąd status mojego gabinetu? No cóż: to samodzielny gabinet dzielący wspólną część (poczekalnię, pomieszczenia socjalne) z innym niezależnie działającym gabinetem w tym samym lokalu. Ten "konglomerat"  działa doskonale od 13 lat.  Czemu nie miałby działać dalej?? Nie bardzo rozumiałam, dlaczego moja potrzeba zwiększenia ilości pacjentów kłóci się z tym stanem.  Nie potrafiłam wyobrazić sobie  jak wiele problemów może się zrodzić, gdy jeden z tych gabinetów (czyli przecież mój!!) rozpocznie nowe, marketingowe życie. Przyjaciółka, której wyobraźnia w tym zakresie sięgała dużo dalej, kazała mi odpowiedzieć sobie na pytanie: czego chcę? (ha! to moje ulubione pytanie! nienawidzę nie znać na nie odpowiedzi) Jak ma wyglądać mój gabinet (dosłownie i w przenośni - w sensie lokalu, marki, wizerunku, opieki nad pacjentem) ? Jak wyobrażam sobie w nim współpracę z pacjentami? z personelem? gdzie jest w tym wszystkim moje miejsce (na pozycji właściciela czy wspólnika)?

 To wszystko nie było takie proste. Myślę, że podobnie jak Ty, poruszałam się w tym zakresie dość intuicyjnie. 
Zaczęłyśmy zatem od wizualizacji. Co to jest? To prosta technika polegająca na wyobrażeniu sobie tego, do czego zmierzamy. Im dokładniej i z większą ilością szczegółów, tym lepiej. (Jeśli widziałeś lub czytałeś SEKRET, wiesz o czym mówię. Tam autorzy przypisują wizualizacji moc sprawczą. Wręcz wystarczy coś sobie mocno wyobrazić, a już Wszechświat zadba, żeby się spełniło :)
W moim wypadku wizualizacja miała mi pomóc sprecyzować nie tylko to czego chcę, ale zwłaszcza czy jest to możliwe w obecnym...stanie.

 Zaczęłyśmy od poczekalni.Widzę: recepcja, telewizor, pachnie świeżo parzona kawa, muzyka z głośników, miękkie fotele...Wchodzi mój pacjent, miło wita go recepcjonistka, pacjent rozsiada się wygodnie w oczekiwaniu na wizytę, sięga do stojącego obok stolika z gazetami a tam...!!!! wizytówki tego drugiego gabinetu! 
Inna wizualizacja: ten sam pacjent w poczekalni pije kawę, recepcjonistka profesjonalnie obsługuje przez telefon innego pacjenta...do pomieszczenia socjalnego idzie asystentka z tego "drugiego gabinetu" . Odziana jest w mało gustowny fartuch koloru zwiędłej marchewki. W stronę mojego pacjenta mruczy niechętnie "dzień dobry" . Na twarzy ma cały czas maseczkę. Czy mogę jej zwrócić uwagę? No nie!! Przecież to nie mój pracownik!! 

Kolejna wizualizacja. I  jeszcze jedna...I już było jasne, że obecny stan rzeczy nie może dalej trwać. Że jeśli chcę wdrożyć jakiekolwiek działania marketingowe, to muszę rozwiązać problem dwóch niezależnych gabinetowych bytów na tym samym terytorium. Z grubsza rzecz ujmując można to zrobić w moim przypadku na dwa sposoby: wejść w spółkę (brrrrr!) lub poprosić współlokatora o zmianę lokalu. W ostateczności samej poszukać innego.

Dalej poszło już prościej. Odpowiedź na pytanie, czy chcę mieć wspólnika jest łatwa. Nie chcę. Zatem pozostaje tylko plan B. lub jego wariant. 


I tak pokrótce opisałam Ci, jak zapytałam marketingowca o to, jakie ulotki są najlepsze ;) a okazało się, że muszę przewrócić do góry nogami całe swoje zawodowe życie.

Tu autorce bloga pozostaje tylko dodać: obserwujcie, co się będzie działo u doktor M...bo będzie się działo! Mamy w końcu za sobą etap ustalania, planowania... no i jeszcze kilka innych etapów ;)
Niebawem z przyjemnością zaanonsuję co nieco w temacie na Facebook'owej stronie dentalespresso
...swoją drogą ciekawe dlaczego padło akurat na dzień Babci...? ;)


czwartek, 3 stycznia 2013

Kot z Cheshire na Twojej drodze... czyli kamień milowy w planowaniu strategii marketingowej


No właśnie. Blog miał oscylować w kręgach marketingu i sprzedaży, a tymczasem ostatni post toczył o wykładach? Nie bez przyczyny, ale o tym za chwilę.
Zanim zaczniesz planować strategię marketingową dla swojego gabinetu, musisz odbyć ze sobą poważną rozmowę. Pozornie tylko łatwą. Im więcej pytań będziesz w stanie sobie zadać i znaleźć na nie odpowiedź, tym większa szansa ,że zaplanowane przez Ciebie działania okażą się skuteczne. Pierwsze, najważniejsze i w zasadzie jedno podstawowe pytanie (bo cała reszta będzie właśnie z niego wynikać) brzmi: „Czego chcę?”  
Banalne? Tylko z pozoru. Podobnie jak ze szczęściem, które dla każdego oznacza co innego, tak w biznesie nie ma jednej recepty, która sprawdzi się w każdej sytuacji. Często w czasie rozmów kwalifikacyjnych pytam: jak widzi Pan/Pani siebie za 5 lat? Co będzie Pan/Pani  wówczas robić? W jaki sposób się realizować?  Rzadko spotykam się z rzeczową odpowiedzią.  Ha, zapewne dlatego, że trudno przewidzieć co nas właściwie spotka i czy aby na pewno będziemy mieli szczęście w realizacji swoich planów? Tak, to już znam. Słyszę bardzo często…
Do tematu „szczęścia w biznesie” z przyjemnością powrócę w którymś z kolejnych postów. Tymczasem zdradzę Ci w sekrecie, że jestem wyznawcą teorii myślenia sprawczego. To JA ustalam swoje cele, a potem konsekwentnie dążę do ich realizacji. Wkładam w to swoją pasję, czas, ciężką pracę i co najważniejsze- WIARĘ w to, że założone działania przyniosą mi zamierzony efekt.
A Ty jak rozumiesz swój sukces? 
Przy jakim i co ważne czyim fotelu chcesz pracować? Masz ambicje stworzenia własnej kliniki? Już ją posiadasz? A może wolisz być członkiem zespołu dużej markowej kliniki nie martwiąc się o aspekty prawne i biznesowe? Jednoosobowa praktyka? Dokąd właściwie chcesz dojść i czemu ma służyć Twoja „działalność marketingowa”?
Tu przypomina mi się natychmiast dialog z mojej ulubionej bajki  „Alicja w krainie Czarów”:

"Kiciu z Cheshire - zagadnęła go, trochę niepewnie, bo nie miała pojęcia, czy jemu się ta nazwa spodoba (...) - Czy nie zechciałbyś mi powiedzieć, którędy mam teraz iść?"
"To zależy w dużym stopniu od tego, gdzie chcesz dojść." - odpowiedział Kot.
"Właściwie to mi wszystko jedno" rzekła Alicja.
"W takim razie obojętne, którędy pójdziesz" odpowiedział Kot z Cheshire."

No właśnie.  Możesz planować masę aktywności, ale jeśli nie masz świadomości gdzie tak naprawdę mają Cię one zaprowadzić, do czego dążysz- cała praca na nic.
Jedno założenie jest stałe niezależnie od faktu, czy jesteś pracownikiem, pracodawcą, w małym gabinecie czy dużej klinice: promocja swojej własnej marki- Twojego nazwiska w świadomości pacjenta. Ma się kojarzyć z jakością i wyznaczać jej standard. Jak? Hmmm temat jest dość rozległy. Postaram się naświetlić Ci sporo jego aspektów, zaintrygować, zainspirować… no właśnie, to tak jak z chodzeniem na wykłady w moim ostatnim poście. Mogę dać Ci inspiracje, a Ty sam musisz dopasować je do swojej rzeczywistości, potrzeb i natury.  Acha, pamiętaj- nie mów „ja to wiem”. Zapytaj siebie- „jak dobry w tym jestem” :)

A teraz "mała" praca domowa: porozmawiaj ze sobą o tym, na czym naprawdę Ci zależy, jakie cele chcesz realizować. ja wrócę do tematu w następnym poście i podam Ci  kilka, mam nadzieję pomocnych wskazówek. Może nawet jakiś przykład? A może Ty podzielisz się ze mną swoim przykładem?